Login

Lost your password?
Don't have an account? Sign Up

FUERTEVENTURA moimi oczami

Czekałam na tę podróż bardziej niż na Gwiazdkę. Od ponad roku nie wyjeżdżaliśmy nigdzie sami. A dla nas obojga podróże to przestrzeń, rozwój, oddech, ładowanie baterii. Są dla nas jak powietrze. Dlatego, jak już zdecydowaliśmy się na kierunek, od razu zaczęłam planowanie tego wyjazdu. Chciałam mieć dopięte absolutnie wszystko, jak nigdy! Oczywiście dając sobie przestrzeń na spontaniczność, bo to wychodzi nam najlepiej.

PRZYJEMNOŚĆ I OBOWIĄZEK

Ten wyjazd był połączeniem przyjemności z obowiązkami. A mianowicie w trakcie wyjazdu prowadziłam wyzwanie SUMMER BODY, które znajdziesz tutaj.
Oznaczało to tyle, że każdego dnia wstawać będę raniutko, by poprowadzić live trening dla grupy, która na to wyzwanie się zapisała. Niektórzy z Was mogą pomyśleć, no wariatka! Ale ja to kocham! Tak czy siak ćwiczyłabym w trakcie wyjazdu, a jeśli mogę robić to z grupą chętnych do aktywności osób, dzielić się z nimi pozytywną energią oraz pokazywać, że trenować można absolutnie zawsze i wszędzie, to wchodzę w to w ciemno z największą przyjemnością. 

PIERWSZY DZIEŃ

Już pierwszego dnia pojawiły się niespodziewane atrakcje (ja nazywam to atrakcjami, Jacek mój brakiem organizacji, hihihi). Otóż na FUERTEVENTURA jest przesunięcie czasu do tyłu. Więc, kiedy w Polsce jest godzina, 18, tutaj 17. 
Ten pierwszy live miał być o godzinie 18:00 czasu polskiego. I tak właśnie na spokojnie pijąc sobie kawkę, nagle się zerwałam, krzycząc do Jacka „O matko! za 10 min zaczynam live, przecież tutaj jest godzina wcześniej!”.
Oczywiście szybka akcja, niezastąpiona pomoc (jak zawsze) Jacka i wszystko się udało, a live był mega! Miałam tyle powera, że obdzieliłabym nim wszystkich hotelowych gości, którzy z zaciekawieniem spoglądali, co ja tam wyczyniam przed tym ekranem telefonu. 

LIVE TRENINGI

W kolejne dni live treningi odbywały się o godzinie 8:15 czasu polskiego, czyli u mnie na Fuerteventura była godzina 7:15 i to była godzina wschodu słońca. Każdego dnia budziłam się, jak jeszcze było ciemno, a razem z moim treningiem budziła się wyspa, wschodziło słońce i to było coś absolutnie magicznego! Cieszę się, że mogłam w tę podróż zabrać uczestników wyzwania i cały czas możecie do niego wracać, dołączając tutaj

HOTEL R2 RIO CALMA

Hotel, jaki wybraliśmy na swój odpoczynek to R2 RIO CALMA na południu wyspy i wschodnim wybrzeżu. Miejsce idealne dla tych, którzy szukają spokoju i ciszy z dala od zgiełku miasta i nocnych imprez. Plaże są tam szerokie i puste. W ogóle cieszyliśmy się brakiem tłumów zarówno w hotelu jak i miejscach, które odwiedziliśmy, ale o tym później. 
Hotel zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Czysty, przestronny, łatwo można było znaleźć miejsce dla siebie. Jedzenie genialne, każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Pierwszy dzień spędziliśmy na spokojnie, przemieszczając się po hotelu i okolicy. Potrzebowaliśmy odespać ostatni bardzo pracowity czas, nie spieszyć się nigdzie i nic nie planować. Do tego stopnia, że jeden cały dzień przeleżeliśmy na leżakach i… było cudownie! Ja oddałam się przyjemnościom pod tytułem książka, a Jacek audiobook’om. Wieczory spędzaliśmy grając w ulubione gry i spacerując po okolicy.

Któregoś dnia, kiedy prowadziłam trening live z samego rana, poznałam Magdę, która od 10 lat mieszka na wyspie. Zauważyła mnie, zrobiła kilka relacji z tego, jak prowadzę trening, zapytała jak się nazywam, następnie skontaktowała się ze mną przez Instagram. Spotkaliśmy się i Magda pomogła nam zaplanować wycieczkę po Fuertaventurze. Wypożyczyliśmy samochód na dwa dni i ruszyliśmy w piękną podróż.

Zawsze tak robimy, jak gdzieś jesteśmy. Raczej unikamy zorganizowanych wycieczek, bo mamy to do siebie, że potrafimy zatrzymać się „tu i teraz”, bo podoba nam się jakieś miejsce, widok. Sami jesteśmy panami swojego czasu i to kochamy najbardziej w tych podróżach.

CORRALEJO

Na początek ruszyliśmy na północ wyspy. Miejsce docelowe: CORRALEJO. Okazało się, że przejechanie wyspy z naszego miejsca (na południu) na północ to zaledwie około 1,5h, a drogi są piękne. Później już przemieszczanie się z miejsca w miejsce trwało zaledwie kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Widoki po drodze – bajeczne! Do tej pory mam ciarki na samą myśl. 

TAPAS OSCAR

Corralejo to urokliwe miasteczko. Ludzi garstka, więc czerpaliśmy ogromną przyjemność ze spaceru po uliczkach i porcie. Było bardzo gorąco. Tam też dotarliśmy do miejsca absolutnie fenomenalnego, stworzonego przez naturę. Wydmy, które zajmują obszar około 2,5 tyś. hektarów. Można się spotkać z teorią, że wydmy te powstały na skutek wiatru przywianego z Sahary, ale nie jest to prawda. Wydmy mają pochodzenie organiczne.
Tutaj też trafiliśmy do super knajpki TAPAS OSCAR, w której zamówiliśmy lokalne przystawki, w nadziei, że obiad zjemy w restauracji polecanej przez Magdę. 

POPCORN BEACH

Kolejnym przystankiem było POPCORN BEACH. Plaża z kamyczków, które wyglądają jak popcorn, serio! To naprawdę trzeba zobaczyć. A co to są te kamyczki? to zwapniałe algi. Uwierzcie mi, że nie jeden da się nabrać. Można komuś zrobić niezłego psikusa. Ostrożnie, są twarde 🙂

EL COTILLO

Dalej ruszyliśmy zgodnie z planem do EL COTILLO. Jest to kultowa wioska surferów. W centrum masa kawiarni, pubów. Wybrzeże skaliste, ale kawałek na północ i można znaleźć piaszczyste plaże również. Czy spotkaliśmy surferów, których tak chciałam popodziwiać? Niewielu i nie na tyle, żeby odebrało mi dech w piersiach. Ale i tak robiło wrażenie. Natomiast czas pandemii robi swoje, ludzi jest zdecydowanie mniej. 

LAJARES, LA OLIVA, AQUA TIKI BAR

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miasteczko LAJARES i LA OLIVA, gdzie zjedliśmy obiad w typowo surferskiej knajpie. Na pewno tam wrócimy, bo klimat miejsca było boski i pyszne jedzenie. Polecamy bardzo: AQUA TIKI BAR. Do hotelu wróciliśmy padnięci, ale jeszcze pochillowaliśmy na tarasie, zbierając siły na drugi dzień przygody.

II DZIEŃ PODRÓŻY

Drugi dzień podróży to zachodnie wybrzeże. Jak wydawało nam się, że poprzedni dzień zrobił na nas wrażenie, to to, czego doświadczyliśmy tutaj przerosło nasze oczekiwania. Zachodnie wybrzeże jest dużo bardziej agresywne, ocean wzburzony, przyroda budzi respekt. Mieliśmy wiele momentów, że staliśmy bez ruchu, wpatrując się w fale uderzające o skały bez słów. Było to mega oczyszczające, potrzebne, wyjątkowe. Cieszę się, że doświadczyliśmy tego razem.

LA PARED, JASKINIE AJUY

Zaczęliśmy od LA PARED. Maleńka miejscowość, bardzo klimatyczna i to właśnie tam ocean podobał nam się najbardziej. Strome czarne skały, no magia. Wypiliśmy kawę w cudownej kawiarni i ruszyliśmy do jaskiń AJUY. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam, kolejne miejsce, które trzeba odwiedzić i doświadczyć jego piękna. 

BETANCURIA

Tego dnia mieliśmy zjeść w BETANCURII, w knajpce polecanej przez Magdę. Drogi po tej stronie wyspy nas zachwyciły i niejednokrotnie przeraziły i przerosły. Ale zapamiętamy je na zawsze. Był nawet taki moment, że musieliśmy się zatrzymać i ochłonąć przed drogą, jaka była przed nami. 
Zobaczcie sami:

Niestety knajpka była zamknięta, ale BETANCURIA urokliwa. Nie spotkaliśmy tam nikogo, jakby miasto duchów. 

LA PARED

W przewodniku wyczytałam, że w LA PARED są najpiękniejsze zachody słońca. Wróciliśmy do hotelu na kolację i prędko ruszyliśmy na zachód słońca na drugą stronę wyspy (zachodnie wybrzeże). Było pięknie i wietrznie oczywiście, bo zapomniałam wspomnieć, że przez cały wyjazd wiało, że hej! Oczywiście na otwartych przestrzeniach bardziej było to odczuwalne, a w zabudowie mniej. 

Na tym zachodzie słońca zakończyliśmy nasze małe podróże po wyspie, zachowując w pamięci i sercu piękne wspomnienia. Kolejne dwa dni spędziliśmy na nic nierobieniu, czego też człowiek potrzebuje bardzo.

NIESPODZIANKA

Podczas tego wyjazdu mieliśmy też swoją rocznicę zaręczyn 🙂 Świętowaliśmy cały dzień przy prosecco, w promieniach słońca. Jacek zrobił mi niespodziankę. Trafił mi się romantyk, no co 🙂 Szczęściara ze mnie. Było jak zawsze po naszemu, cudownie.

CZY WARTO WYBRAĆ SIĘ NA FUERTĘ?

Wybierając ten kierunek na nasz wyjazd nie spodziewaliśmy się tego, co otrzymaliśmy. Jesteśmy zachwyceni wszystkim, czego tam doświadczyliśmy i co zobaczyliśmy. Ja szczęśliwa, że mogłam kawałek tego miejsca oddać podczas treningów wyzwania SUMMER BODY, aktywnie zaczynać każdy dzień wyjazdu. Spędziliśmy cudowny czas razem, który kochamy i cenimy ponad wszystko.

Na pewno wrócimy na wyspę, a tymczasem już planujemy kolejne wyjazdy razem.

Wiedząc, że będę relacjonować treningi na żywo, zabrałam ze sobą internet przenośny xoxo, który ratował mi życie. Śmiałam się, że tam z internetem jest jak z wiatrem 🙂 Nie było go nawet w hotelu, na tyle, żebym mogła łączyć się live. Dzięki xoxo mogłam i to bez problemu. Poza tym poruszając się po wyspie mogliśmy korzystać z nawigacji przez cały ten czas. Tak więc, jeśli planujecie wyjazd i chcecie być spokojni o internet, to polecam xoxo. Macie tam do wykorzystania 10GB dziennie, które się odnawiają każdej nocy. Po wykorzystaniu tego limitu internet po prostu zwalnia.

Ok, to tyle jeśli chodzi o wspomnienia z Fuerty. Mam nadzieję, że Wam się miło czytało, być może zachęciłam do wycieczki właśnie tam. Wspomnę tylko, że miejsce żyje wyłącznie z turystyki. Warto wziąć to pod uwagę planując swój urlop.

Czy któreś miejsce z opisanych, specjalnie przypadło Wam do gustu? Dajcie znać.
Ściskam.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*